W styczniu 1945 roku w Gleiwitz (obecnych Gliwicach) panował przenikliwy mróz, a na ulicach wciąż można było dostrzec pozostałości świątecznego ozdobienia czy szare plakaty hitlerowskiej propagandy wieszczące „cudowną broń” mającą uratować III Rzeszę przed nadciągającą klęską.
Choć niektórzy mieszkańcy słyszeli już o zbliżającym się froncie i słali dalekie spojrzenia za horyzont, wielu wciąż wierzyło, że miasto w ostatniej chwili uniknie wojny. Ci, którzy decydowali się na ucieczkę, często nie mieli jak wydostać się z Gleiwitz – drogi były zasypane śniegiem, pociągi przepełnione, a panika ogarniała kolejne tłumy uciekinierów z okolicznych miejscowości.
Wszystko zmieniło się w nocy z 23 na 24 stycznia 1945 roku, kiedy do Gleiwitz wkroczyły oddziały Armii Czerwonej. Oficjalne komunikaty ogłosiły „wyzwolenie” wielkiego ośrodka przemysłowego i węzła oporu, jakim miało być to miasto. W rzeczywistości już w pierwszych godzinach okazało się, że nadchodzący „wyzwoliciele” niosą ze sobą zemstę zapowiadaną przez frontową propagandę. Hasła takie jak „Zabij Niemca!” – wywodzące się z głośnych odezw Ilji Erenburga – dodatkowo podsycały agresję wobec cywilów, których postrzegano jedynie jako wroga, bez rozróżnienia na zwolenników czy przeciwników reżimu.
Mieszkańcy próbowali przetrwać ten czas w piwnicach, licząc na to, że po prostu przeczekają przejście frontu. Wielu nawet nie zdążyło do końca usunąć z domów mundurów synów czy mężów służących w Wehrmachcie, a niekiedy wystarczała choćby czapka kolejarza, by zostać uznanym za żołnierza. Zaraz po wkroczeniu czerwonoarmistów doszło więc do masowych egzekucji na ulicach i podwórzach. Niektórzy ginęli dlatego, że w domu znaleziono niemieckie odznaczenia lub niezdjętą na czas flagę ze swastyką; inni – za jakąkolwiek formę oporu, choćby słowną. Szczególnie dramatyczny los spotkał kobiety, często gwałcone zbiorowo i mordowane, gdy stawiały opór. W wielu relacjach z tych dni powtarzają się obrazy młodziutkich dziewcząt wyciąganych z piwnic na oczach rodziców, a także starszych kobiet, które nie były w stanie się bronić przed brutalnością żołnierzy.
Fala terroru nie ustąpiła po kilku dniach. Gdy główne siły Armii Czerwonej ruszyły dalej na zachód, miasto zamieniło się w zaplecze przyfrontowe. W budynkach publicznych urządzono prowizoryczne szpitale i lazarety, a tysiące rannych i rekonwalescentów rozchodziło się po okolicach, dokonując kolejnych rabunków. Do dzisiaj w starych aktach sądowych przetrwały wstrząsające zeznania o wywlekaniu mężczyzn z mieszkań i rozstrzeliwaniu ich na oczach krewnych – wystarczył choćby stary mundur pocztowca, wyglądem przypominający strój wojskowy. W takiej atmosferze niepewności gwałty stały się wręcz codziennością, a tych, którzy próbowali się sprzeciwiać, czekała śmierć. Tragedia rozgrywała się nie tylko w samych Gliwicach, lecz również w przyległych dzielnicach i wsiach. Najgłośniejszy przykład to masakra w Bojkowie, gdzie zginęło ponad sto osób, w tym duchowni i kobiety w podeszłym wieku. Do dziś nie udało się jednoznacznie ustalić, czy była to zemsta za zastrzelenie radzieckiego oficera, czy zaplanowana wcześniej czystka wobec mieszkańców uznanych za część „germańskiej” społeczności.
Kolejnym źródłem nieszczęść stały się wojskowe pociągi powracające z głębi Niemiec, zatrzymujące się w Gliwicach na dłuższe postoje. Część żołnierzy zwyczajnie porzucała składy, błąkając się po mieście w poszukiwaniu wódki, jedzenia i wszelkiego łupu. Byli uzbrojeni, nierzadko odurzeni alkoholem, więc jakikolwiek sprzeciw kończył się groźbami, strzałami lub kolejnymi gwałtami. Tymczasem większość dotychczasowej administracji niemieckiej zdążyła zbiec, a nowej, polskiej władzy jeszcze nie było – pierwsze polskie struktury zaczęły się wyłaniać w mieście dopiero w marcu 1945 roku.
Zanim to nastąpiło, setki mieszkańców Gliwic trafiły do niewoli i zostały wywiezione w głąb Związku Radzieckiego, do kopalń, fabryk zbrojeniowych i kołchozów. Równocześnie dokonano rabunku na przemysłową skalę: znaczną część urządzeń gliwickich fabryk rozmontowano i odesłano na wschód. W powojennych dokumentach zachowały się wykazy całych linii produkcyjnych czy wyposażenia browarów i zakładów, które wywożono w wagonach. Wielkie pożary, wywoływane niefrasobliwym rozpalaniem ognisk czy celowymi podpalenia¬mi, straw¬iły kamienice śródmieścia. Szacuje się, że około trzydzieści procent zabudowy zostało wówczas zniszczone. W rezultacie wiosną 1945 roku w Gleiwitz panowała atmosfera nędzy i chaosu, a nowi polscy przybysze, głównie repatrianci z Kresów, zastawali miasto nie tylko w ruinach, ale też wciąż przeżywające szok po niedawnych wydarzeniach.
Największą tragedią było jednak to, że przez kolejne dziesięciolecia nie można było wprost mówić o zbrodniach „wyzwolicieli”. Propaganda PRL kładła nacisk na zwycięski marsz Armii Czerwonej i jej braterską pomoc włączenia Śląska do Polski. Relacje o gwałtach, mordach i wywózkach oficjalnie nie istniały; nawet w aktach sądowych, gdy rodziny po wojnie starały się uzyskać renty czy stwierdzenia zgonu bliskich, zwykle pojawiały się ostrożne formuły: „zginął w trakcie działań wojennych”. Te luki w świadectwach historycznych latami utrudniały zrekonstruowanie rzeczywistej skali dramatu. Dopiero zmiany ustrojowe po roku 1989 pozwoliły otwarcie podjąć temat represji, których ofiarą padli zwykli gliwiczanie niezwiązani z nazistowskim reżimem.
Tak zimowe „wyzwolenie” z 1945 roku, zamiast kojarzyć się z końcem okupacji i przejściem do wolności, na długo stało się w pamięci mieszkańców symbolem wybuchu okrutnego terroru. Mówienie dziś o tych zdarzeniach nie jest próbą pomniejszenia win nazistowskich Niemiec, lecz przywróceniem prawdy o tym, jak wojna uderza przede wszystkim w cywilów. Wspomnienia o egzekucjach, gwałtach i rabunkach uczą, że w warunkach totalnego konfliktu wszelkie hamulce potrafią puszczać, a zwykli ludzie są na samym dole łańcucha wojennych zbrodni. Gliwice z 1945 roku stały się tego dojmującym przykładem.
Dziś miasto jest prężnym ośrodkiem akademickim i kulturalnym, a ślady po tragicznych wydarzeniach sprzed lat zacierają się w krajobrazie. Jednak w rodzinnych opowieściach czy w cicho przekazywanych wspomnieniach wciąż pobrzmiewają echa tamtej zimy, kiedy ci, którzy liczyli na „wyzwolenie”, przeżyli jedne z najokrutniejszych dni w historii Gleiwitz. Dla nich prawdziwa wolność przyszła dopiero wtedy, gdy ustąpił front i ustały represje, a zrozumienie skali tych cierpień pozostaje jedną z najważniejszych lekcji, jakie pozostawiła po sobie II wojna światowa w tej części Górnego Śląska.
#Gliwice1945 #HistoriaGliwic #ArmiaCzerwona #WyzwolenieCzyTerror #RepresjeSowieckie #ZbrodnieWojenne #MasakraWBojkowie #PrzemilczanaPrawda #IIWojnaŚwiatowa #PamięćOOfiarach #Gleiwitz1945 #GeschichteGleiwitz #RoteArmee #BefreiungOderTerror #SowjetischeRepressionen #Kriegsverbrechen #MassakerInSchönwald #VerschwiegeneWahrheit #ZweiterWeltkrieg #ErinnerungAnDieOpfer










